07/02/2026
Geralt, klnąc pod nosem na własną uległość, przystał na propozycję Keiry. Ruszył na poszukiwania zaginionej paczki bez zwłoki, nie chcąc dawać czarodziejce czasu na zmianę zdania. Płotka niosła go raźno przez moczary; wiedźmin, niemal od niechcenia i dla wprawy, rozciął po drodze czerepy kilku cuchnących utopców oraz pomarszczonej wodnej baby. Wyjechawszy z gęstwiny na dukt, skierował się na zachód, skąd wypatrywał kuriera z magicznymi ponderabiliami.
Wiedźmińskie zmysły nie zawiodły go i tym razem. Na skraju lasu, tuż przy wyrębie, dostrzegł splądrowany wóz. Wokół, w błocie i ściółce, poniewierały się rozmaite bibeloty, puste butelki po drogich winach i resztki novigradzkich frykasów. W samym centrum tego pobojowiska leżało wybebeszone truchło woźnicy, a kilka metrów dalej – mała, zupełnie niemagiczna szkatułka.
Skoro z transportu ocalały jedynie ochłapy, Geralt wrócił do Keiry z tym, co udało się uratować. Czarodziejka, ku jego zaskoczeniu, ledwie rzuciła okiem na straty. Fakt, że nie przejęła się utratą kosztownych towarów, natychmiast wzmógł w wiedźminie czujność. Zamiast wymówek, Keira zaproponowała wieczerzę pod gołym niebem. Jednym ruchem dłoni wyczarowała dwa rumaki, a oboje przyodziała w iluzoryczne, dworskie stroje. Ruszyli galopem, a Geralt co rusz musiał poganiać wierzchowca, by dotrzymać kroku pędzącej czarodziejce. Gdy dotarli na polanę rozświetloną blaskiem świec w złotych kandelabrach, zwolnili, pozwalając, by cisza nocnego lasu przejęła narrację.
Podczas kolacji Geralt czuł pod skórą, że Keira coś knuje. Był jednak zbyt pochłonięty jej urokiem – i obietnicą upojnej nocy – by drążyć temat. Nagle czarodziejka zerwała się z krzesła i ze śmiechem pobiegła w stronę jeziora. Wiedźmin ruszył w pościg, odnajdując na ścieżce porzucone elementy jej garderoby, które niczym okruszki chleba prowadziły go do celu. Kiedy w końcu się spotkali, „przyjacielska przysługa” stała się faktem. Na sam koniec, gdy oddechy jeszcze nie zdążyły się uspokoić, wiedźma szepnęła mu coś do ucha...
Rano obudził się sam. Chłód poranka nie przyniósł zdziwienia – takie ryzyko było wpisane w jego profesję. Wiedział już, gdzie jej szukać. Swoje kroki skierował ku Kłomnicy, gdzie laboratorium Aleksandra stało teraz przed Keirą otworem.